Link 09.09.2007 :: 21:41 Komentuj (4)









Bośnia. Odcinek III



 Obudzono
mnie o 7, dano jeść, zrobiono świetnej kawy, wyściskano na droge
i pojechałem. Najbardziej do jechania lubiłem godziny od 8 do 11 i
wtedy starałem sie przejechać jak najwięcej(ok 11 robiło sie
bardzo gorąco i człowiek czuł się jak mucha w smole) Z miejsca
gdzie byłem do granicy z Bośnią zostało mi jeszcze 70km. Jechałem
przez Chorwacje pełen werwy i entuzjazmu, że już tego dnia będę
na rainbow i zregeneruje siły po tych 200km. Chorwacja to kraj
bardzo zniszczony wojną domową, w każdej prawie wsi widziałem
zburzone, ostrzelane czy zaminowane domy. Samych domostw na sprzedaż
są setki. Pola minowe na bardzo długich odcinkach i nerwowa
atmosfera momentami. W Bośni nie widziałem tyle zniszczeń i śladów
wojny.

Tego dnia zaczynały się właśnie te największe upały.
W cieniu były 42 stopnie. Żar leje sie z nieba wprost na ciebie i
na ulice pod tobą, asfalt oddaje ciepło i robi sie naprawdę
gorąco. Ma sie wrażenie ze nie ma czym oddychać i z jechaniem
ciężko. Ja gdy mijałem jakaś rzekę albo jezioro, to
zatrzymywałem sie i po prostu wskakiwałem do wody, potem wysychałem
całkowicie w jakieś 10 min. wracając do fabuły: do godziny 11
zrobiłem już stówke po górach, co było niezłym
wynikiem(miałem dobry dzień bardzo) nie czując sie bardzo
zmęczony, pędziłem juz w Bośni w stronę miasta Priedor. Po
drodze na stojąc na światłach spotkałem człowieka na rowerze
który sam zagadał i powiedział mi że nie przekroczę
granicy przejściem którym planowałem, pokazał mi za to
inne. To niesamowite że czasami nie musiałem nic robić, tylko
jechać a wszystko układało się samo i tak wychodziło najlepiej.
Jakieś 20-30km za granicą spotkałem kolarza z Chorwacji, który
jechał w tą samą stronę co ja(pojechaliśmy razem) zerwał sie
wiatr i wiało nam prosto w twarz. Wielki chorwat prowadził ale miał
pod wiatr (gdy dwie osoby jadą pod wiatr to pierwsza osoba rozbija
opór powietrza, przez co drugiej jest łatwiej) widziałem że
coś mizernie mu idzie wiec potem ja prowadziłem. Jedziemy i
jedziemy, chorwat ciągle mówi że za szybko dla niego (co
prawda, to prawda ja byłem w 5 dniu drogi a on w 1, trzeba sie
wdrożyć, pierwsze dni bywają trudne) nagle stajemy a on zsiada z
roweru i mdleje.





Było gorąco jak cholera, polewam go gorącą wodą
z bidonu, karmie go na siłe czekoladą i robie witaminki musujące.
Chorwat stwierdził że go uratowałem i zaczął mi dziękować. Gdy
dojechaliśmy do tego wielkiego miasta- Priedor, postanowiliśmy coś
zjeść i okazało się że ten facet to bardzo zamożny biznesmen z
Zagrzebia.






poszliśmy na piwo a potem do najlepszej restauracji w
mieście i postawił mi obiad za 30 euro (gdy cała moja kasa
wynosiła 35euro:) Bardzo długo gadaliśmy, polubiłem go.
powiedział m.in słowa "pieniądze będą na ziemi zawsze, ale
my nie" Potem ja ruszyłem w dalszą drogę a on postanowił iść
spać do hotelu. Przede mną było jeszcze jakieś 70km a zmęczenie
i ból kolan dawały już o sobie znać. Jechałem i jechałem,
ciężko szło. zrobiło sie leniwe, lepkie popołudnie, ludzie
tłumnie kąpali się w rzece wzdłuż której jechałem(miałem
ochote olać wszystko i iść w ich ślady). dojechałem w końcu do
"Sanskiego Mostu" z którego zostało mi 20-30km.
Potem byłem zmęczony na tyle że traciłem świadomość i trzeźwe
myslenie. Motywacja działała jak mocny policzek i dało rade.
Bośnia upajała widokami a otoczenie sie zmieniało. Wjechałem w
islamskie rejony, ludzie byli ciemniejsi, wszędzie było pełno
meczetów a kobiety chodziły obwiązane białymi chustami.
Wyczuwało sie głęboką odmienność wszystkiego.



najbardziej lubie tą pore dnia
Dojechałem w
niemałym trudzie do upragnionej wsi "Sanica" - czyli tam
gdzie miało być rainbow. Zaczynało się ściemniać a ja nie
widziałem żadnych znaków czy drogowskazów na rainbow.
zacząłem pytać ludzi o Biedjeje brdo (niedźwiedzie wzgórze).
Ludzie mnie nie rozumieli i sie nawet śmiali gdy ich pytałem w
kilku językach. Sytuacja trochę załamująca. Stwierdziłem ze
jeszcze chwile poszukam a potem pojechałem pierwszą lepszą droga w
nieokreślonym kierunku. Ściemniało się a ja z tyłu któregoś
budynku zobaczyłem świecącą się lodówkę z napojami.
Podjeżdżam bliżej, otwieram drzwi, okazało się, że jestem na
tyłach jakiejś nowo otwartej pizzerii. Pytam sie chłopaka po ile
mleko w kartonie, on mi nic nie odpowiada a zza rogu wyskakuje młoda
niska pękata kobitka o sympatycznej twarzy i mówi że to
mleko jest dla mnie. Dziękuje ładnie biorę to mleko i wypijam całe
naraz. Pani robi duże oczy i pogania chłopaków żeby mi
robili pizze:) gadam z nią chwile, oczywiście wie dlaczego tu nie
ma rainbow i gdzie zostało przeniesione. Ucieczyła sie ze jestem
polakiem bo ojciec jej męża tez jest. Kobieta ta miała Brytyjski
akcent więc mniemam że zapracowała w Anglii a teraz rozkręca
własny biznes.



Czyli było tak, zajechałem bez celu w jakieś
miejsce i uzyskałem całkowitą pomoc i wszystkie niezbędne
informacje. Na południu jest tak, że ludzie chcą z siebie dac jak
najwięcej mogą, szczególnie na wsiach. Niemniej jednak
wydaje mi sie że i tak trafiałem szczególnie dobrze (nie
wierzę w żadne przypadki) Sam nie wiem, to zjawisko uważam za
mocne.
Cytat:„Sanica-Bośnia-Jestem tu i co? Nic kurwa.
Rainbow przeniesione o 120km na południe. Czyj po pomysł?
Przejechałem dziś dwie setki i okazuje się że w tej wiosce
(obiekcie moich „marzeń”) nikt nic nie wie. Nie ma żadnego
napisu, znaku, jedno wielkie nic. Człowiekowi który jest
wymęczony do imentu potrafi to dać do myślenia a nawet podłamać
jego ambicje (i tak już chore)”

Poszedłem spać w krzaki koło
rzeki.
Rainbow zostało przeniesione o około 150km na południe
w bardzo wysokie góry np. 2000M n.p.m
W ówczesnych
warunkach nie chciało mi się tłuc takiego odcinka w pośpiechu.
Potrzebowałem odpocząć a nie gnać w jeszcze wyższe góry.
Stwierdziłem że nawet jak tam pojade, to bede mogł zostać góra
dwa, trzy dni. To nie miało sensu. Postanowiłem pojechać w Bośnie, wreszcie coś zobaczyć i poczuć bez pośpiechu.

Następnego
dnia zdarzyło sie tak dużo że zostawię to na kolejny
odcinek(bedzie niedługo)
Odcinki powstają w tak długich odstępach bo mam mało
czasu (zarabiam na obiektyw)


Link 13.09.2007 :: 22:19 Komentuj (5)
Bośnia IV

Zrobiło sie rozlaźle i długo. Postaram sie bardziej treściwie i obrazowo.
Następnego dnia obudziłem sie nad rzeką. Nie chciało mi sie nic, a spałem jakieś 12 godzin.
Zjadłem pizze którą dostałem poprzedniego dnia, wsiadłem na rower i hop. Dojechałem do miasta Kljuc (klucz) a potem w strone Banja Luki. Po drodze wydarzyło się kilka faktów które bardzo wpłynęły na mnie.  Jechałem w okrutnym upale i nie miałem siły, chciało mi się mdleć, miałem gorączkę (to był pierwszy dzień mojego udaru słonecznego) Zajechałem wysoko w górach do jakiegoś wiejskiego sklepiku żeby kupić czekolade i mleko. Ludzie ze sklepu zaprosili mnie na obiad, dali chleb i dużo bananów:)
"To niesamowite że gdy spotyka się tu człowieka, to słyszy się historie jego życia. Taka otwartość, która potrafi bardzo poruszyć. Jest szczera i bardzo autentyczna. Ludzie nie mieli tu łatwego życia i teraz też nie mają"





Jadąc dalej wkroczyłem na teren Serbii a potem zrobiło mi się słabo. Nie wiedziałem za bardzo co się dzieje. Walnąłem się spać i obudziłem po 3 godzinach. Było troche lepiej.. miałem już siłe jechać. Jade jade i nagle spotykam pierwszego pasterza z owcami. Tereny są cudownie piękne (nie lubie pisać że coś jest piekne bo to takie puste) Otaczały mnie wysokie wzgórza pokryte trawami. Wszędzie było widać wgłębienia po bombach.. Była ta najładniejsza pora dnia. Spotkałem trzech pasterzy i wszystkim zrobiłem po kilka zdjęć. Z jednym chwile pogadałem. Okazało się że pracował kiedyś w Ursusie w Warszawie a potem w Katowicach. Opowiedział mi troche o wojnie "trzeba było brać karabin i iść"




























z tym rozmawiałem chwile













ten był nieufny


Nigdy nie wiadomo kogo spotkasz. Czasem wystarczy mała chwila żeby nawiązać z kimś ogromne porozumienie, niezależnie od języka w jakim mówi. Pojechałem dalej. Szło mizernie. Całego dnia zrobiłem jakieś 70-80. Spałem u ludzi. Było tak, że zajechałem po wode a kobita zaproponowała bo było już w sumie widno a ja chyba wyglądałem niezdrowo. Okazało się że kobita ma syna (rok starszy) który jest kelnerem w hotelu w Banja Luce i mówi nieźle po angielsku. Bojan (tak miał na imie) okazał się bardzo miłym człowiekiem. Zjadłem z nimi kolacje (specjalnie dla mnie przyrządzono tradycyjne Serbskie jedzenie) I Bojan zaproponował żeby iść na "dwór" Poszliśmy najpierw do jakiegoś wiejskiego baru, gdzie spotkaliśmy sporo przypakowanych kolesi (znajomi Bojana, w wiekszości ochroniarze pracujący w Banja Luce) Patrzyli na mnie jakoś krzywo ale Bojan powiedział im że jade z Polski na rowerze itp. Potem musiałem pokazywać i napinać mięśnie nóg:P Ciekawe że wszyscy w Bośni chcieli oglądać mięśnie nóg. Następnie poszliśmy tak jakoś bez celu przed siebie, gadając i spotkalismy dobrych przyjaciół Bojana. Nie wiem, odrazu jakoś super sie z dogadaliśmy. Bardzo sympatyczni, zadawali mnostwo pytań. To był chyba najlepszy nocleg. Rozumieliśmy się bez słów, gadaliśmy do 4, no i troche zaimprezowaliśmy:) Zrobiłem troche zdjęć jednej ładnej dziewczynie. Generalnie cały wieczór mnie namawiali żebym został na kilka dni(w sumie kusiło..ale nie)















Bojan
Rano ruszyłem w droge, do Bania Luki zostało 10km. Miasto jak miasto, nie zachwyciło mnie jakoś szczególnie. Następnie zacząłem gnać w strone granicy.
"Jadę z Banja Luki do Gradniska (granica chorwacka) czymś co przypomina autostrade. droga bardzo bardzo ciężka. Mdli mnie, jestem głodny a nie moge jeść, mam gorączke, jest 40 w cieniu a drogą jeżdżą wielkie ciężarówy z drewnem po 100 na godzine. łatwo nie jest, próbuje jeść gumowy chleb za 20euro/centów ale idzie mi to średnio. Chyba wczułem się w droge i po prostu jade mimo wszystko. jeszcze 50km tej masakry na głównej drodze. ciekawe gdzie dziś śpie. 4 szprychy sie urwały"
Dojechałem z trudem do granicy Chorwackiej. Tuż za granicą, poszedłem spać. Oj źle to wspominam. Łykałem aspiryne i czekałem aż przejdzie upał. W nocy było 27stopni. Zdychałem.









Następnego dnia wpadłem do tamtej chorwackiej rodziny. Złożyło się tak, że namówili mnie żebym został na noc. Zostałem i odpocząłem troche. Następnego dnia podwieźli mnie samochodem pod granice węgierską (jechali na jakieś wesele) Znalazłem się na węgrzech i chciałem je jak najszybciej przejechać. O węgrzech i wracaniu będzie w nastepnej części



Link 18.09.2007 :: 21:24 Komentuj (11)
Jednak zdecydowałem się to opublikować. Nie skomentuje tego. odobine informacji jest tu

















BUM








Bum













on bardzo oberwał









a to żona tego, którego prowadzą na górze, podczas gdy robiono mu różne rzeczy jak leżał na ziemi.









 ułamek sekundy po czymś.
nie skomentuje.



Potrafi dać do myślenia.

Link 21.09.2007 :: 21:06 Komentuj (8)
Zdjęcia deskorolkowe robione dla przyjemności, które wrzucam z okazji - bez okazji (bo potem sie pogubią albo zapomnę) Mam kontuzję kolana(już kurcze 3 miesiąc) nazywa się to "kolano skoczka" - ścięgnowe sprawy. Muszę zatem zachowywać bezpieczną odległość od deski gdyż jestem uzależniony, a teraz mam taki okres, że mogłbym się zupełnie wkręcić(mimo kolana)
Tak więc jestem uziemiony do odwołania(chłopaki nie kuście:)



































Wesołe fantazje Jacka:)


Pięć ostatnich zdjęć pochodzi z zawodów deskorolkowych
w Lubartowie pod  Lublinem, które odbyły się w ostatnią niedzielę
(wygrał oczywiście Mazi).

Pierwsze jest ze Świdnika(Mazi Olie przez poręcz)
Drugie jest z jakiegoś włóczenia się z Pieniądzem po mieście(Nosemanual na napotkanym kamieniu)
Postaram się w następnym wpisie skończyć Bośnie.

Link 28.09.2007 :: 22:08 Komentuj (11)

Jutro wyprowadzam się na dobre do Warszawy.

Nie będzie tu nic przez tydzień a potem od razu skończę Bośnie.















Wszelkie prawa zastrzeżone