|
Link 15.10.2007 :: 21:01 Komentuj (7) Bośnia część piąta i ostatnia. Wylądowałem nadspodziewanie szybko na Węgrzech, chcąc przejechać je jak najszybciej pociągiem. Z granicy chorwacko-węgierskiej pojechałem pociągiem do Pecs i potem chciałem do Budapesztu. Pewne doświadczenie w jeżdżeniu pociągami już miałem, tak więc stanie z mapą i pokazywanie upragnionej trasy pani kasjerce było przećwiczone. Myślałem, że jakoś pójdzie. ale nie. kasjerki miały chyba zły dzien bo wszystkie na mnie krzyczały(nie chciały mi podać godzin odjazdów bo to wymaga ruszenia ręką). ja do nich po polsku a one po węgiersku. niezła szopka. w koncu bilet kupił mi jakis wegierski biznesmen(ok. 40 minut sie męczyłem, ciężka sprawa) o tyle o ile w drodze potrafi być ciężko to jednak nieprzychylność ze strony ludzi jest najtrudniejsza(psychicznie źle to znoszę). Wsiadłem w ten pociąg do Budapesztu (jeszcze z przesiadkami jakimis) był upał, w moim zbiorczym wagonie siedziało stadko wegierskich punków (młodsi tacy) wracali chyba z jakiegoś koncertu. całą drogę skandowali refreny wegierskich piosenek słuchając przy tym muzyki z telefonu komorkowego. starszy konduktor ktory siedzial w tym wagonie (oprocz mnie i tych punków) zaciągnął koszule i pokazał ku uciesze młodzieży tatuaż z gandzią. śmiać mi sie chciało. potem poszedł do nich i gadali coś po węgiersku, popijając rozmaite trunki. potem ja dostałem strasznej sraczki. potem dojechaliśmy pod Budapeszt i miałem sie przesiadać (chociaz nie chciałem, bo wolałem przenocować pod Budapesztem a do miasta pojechać rano) Wysiadam z wagonu i ide w swoją stronę i nagle słysze "ej polak polak" odwracam sie i widze tego starszego konduktora z wytatuowaną gandzią który macha mi żebym wsiadł do pociągu do Budapesztu. generalnie wyglądało na to że facet zobaczył dokąd jadę i zatrzymał tamten pociąg specjalnie dla mnie. patrze na niego i mówie w kilku językach że "nie" że ja nie jade. Ale w sumie głupio tak, facet sie postarał, wszyscy ktorzy tam byli koło niego starali mi się wytłumaczyć zebym wsiadał. Popatrzyłem na ten pociąg z którego okien ludzie oglądali z zaciekawieniem całą tą scenke (głupio mi sie zrobiło) no i wsiadłem(widocznie tak miało być- pomyślałem) Jechałem do tego wielkiego miasta na koncu pociągu, powoli robiło się ciemno i pięknie. Czuć było lato i kojący chłód po kolejnym dniu upału. Dojeżdżając do miasta wzięło mnie na refleksje: "Myślę sobie co ja teraz zrobię w Budapeszcie: -sam -bez kasy prawie -z rowerem zepsutym -nie znając miasta w niedziele o 22 -głodny i zmęczony - ze sraczką -nie wiem. *** ![]() w krzaki iśc spać nie chciałem, to sie mogło źle skończyć. miasto to miasto(w dodatku duze i pelne cyganow i bezdomnych) poszedłem w głąb pociągu poszukać ludzi wygladajacych na takich którzy mogli by mi dac adres jakiegos taniego hotelu. wybrałem jakies dwie dziewczyny i udało się(co prawda nie znały adresu ale wykonały kilka telefonów) miałem adres. zapytałem się taksówkarzy jak trafić na ową ulicę. trafiłem nie bez trudu i okazało sie że tego hotelu juz nie ma:) za to obok zobaczyłem jakiś inny(wyglądał na drogi, ale zapytac nie zaszkodzi) Pan w recepcji mówił nieźle po angielsku i powiedział że 50euro za noc:) pogadaliśmy jeszcze chwile, ja już miałem iść ale on zapytał skąd w ogóle jestem- ja mówie że z polski a on "no, to widzę że możemy mówić po polsku" kolejna niespodzianka:) Facet powiedział mi że jestem ok i załatwił mi nocleg innym hotelu za 20euro (stawki wynoszą 40-50za noc) Hotel był wypaśny a ja byłem zadowolony bo po raz kolejny po prostu się udało. Była juz ok 24, ja umyty i najedzony idę zobaczyć metro i na spacer po mieście. Metro zamknęli 5 minut przed moim przyjściem. szkoda. Po mieście włóczyłem się do 3 rano (nie wiem skąd miałem siłę) ![]() Przespałem ze 3 godziny i poszedłem znowu do upragnionego metra (upragnionego bo tam kręcili Kontrolerów- film taki) ![]() W metrze narobiłem zdjęć(potem wrzucę) potem wróciłem do hotelu i pojechałem na dworzec główny, żeby kupić bilet gdzieś w stronę Słowacji. Jadę na ten dworzec i jadę, drogę znam(po tych wszyskich pogubieniach) jestem na moście i mijam jakąś japońską wycieczkę, obok wycieczki szla tyłem do mnie dwójka ludzi. Owa Para niczym nie różniła się od reszty ludzi, ale jakoś przykuła moją uwagę. Jadę i mijam ich, patrzę kątem oka i zobaczyłem jakiś znajomy detal (czapka) myślę sobie „hmm ja gdzieś widziałem tą czapkę” odwracam się raz jeszcze, patrzę a tu idzie Kama z Wilkiem moi dobrzy znajomi z pielgrzymek hipisowskich i wielu innych wydarzeń. Zsiadłem z roweru i pobiegłem do nich krzycząc:D Okazało się że oni właśnie jechali na rainbow. Ogromnie się ucieszyłem na ich widok. ![]() To było dziwne:) Dojechałem na dworzec wsiadłem do pociągu od razu gdy go podstawiono, chwaląc przy tym wagony rowerowe- bo są naprawdę fajne. Chwilę po mnie przyjechała chmara kobiet z dziećmi w wieku 8-13lat na nowiutkich rowerach i w wielkim stresie zaczęły wkładać rowery do wagonów(do odjazdu 40 minut) Pomogłem im z tymi rowerami a one zaczęły dziękować mi po niemiecku wegiersku a potem po angielsku. Jechała z nimi tylko jedna dziewczyna która miała 16 lat(była zbuntowana przeciwko mamie) no i spędziłem z nią ze 7 godzin tocząc jałowe rozmowy(cała zgraja poszła do przedziałów a zostałem z rowerami żeby pilnować) Po prostu siadła obok i zaczęła gadać. Dostałem przy tym dużo wafelków, ciastek i innych specjałów. Gdy cała zgraja wysiadła gdzieś po drodze i zostałem sam. Jechałem sobie podśpiewując aż tu nagle przyszło siedmiu rosłych cyganów. Stoją nade mną i coś mówią- generalnie było tak: chcieli kasy i zaczynali się lepić do mojego roweru. Nie miałbym szans bo byli naprawdę duzi. Zasłoniłem sobą rower(jakby co w tylnej kieszeni miałem nóż - gdyby chcieli aparat) Pokazałem im że nie mam kasy, tłumaczyłem po polsku :D Dałem im jakąś dwudniową wodę. Jakoś odpuszczali powoli, choć ciągle krzyczeli „forint, forint, euro, euro”. Niepokoiło mnie że taka wielka zasówa jest otwarta i w każdej chwili mogą mnie wyrzucić. Stałem i patrzyłem się na nich (myśleli że jestem słowakiem) W końcu zaczęli mi podawać ręce (na zgodę czy jak?) i zaczynają iść. Nagle jeden z nich (ten z najbardziej wredna morda) przyskoczył do mnie, uścisnął mnie i przyłożył mi ucho do serca- nie wiem o co chodziło, może to taki test czy się boje. Test chyba wyszedł pozytywnie(chyba że nic nie usłyszał bo pociąg był głośny) Poszli. A mi dopiero po chwili zmiękły nogi.. Dojechałem do granicy słowackiej, co napawało mnie szczęściem i radością. Ta, Węgry. W którejś z pobliskich wsi znalazłem dworzec kolejowy, wymieniłem forinty na korony (w jakiejś wiejskiej knajpie) i chciałem kupić bilety gdzieś w stronę polski. Pani na stacji była bardzo miła, taka dobrotliwa staruszka. Okazało się że brakuje mi 30koron (ok 4 zeta) i ona dołożyła mi ze swoich, dając jeszcze wodę mineralną.. Niestety okazało się że popełniła błąd sprzedając mi bilety. Miałem mieć dwie przesiadki czyli musiałem jechać trzema pociągami- bilet miałem na pierwszy i trzeci:) Dojeżdżając do miasta pierwszej przesiadki liczyłem na to że zdążę kupić bilet na środkowy pociąg(przerwy między obiema przesiadkami miały wynosić ok 5min w obu przypadkach) niestety mój pociąg był opóźniony 20min przez cyganów (którym właściwie wcześniej pomogłem się zapakować i bez tego by nie pojechali, biletów nie mieli i tak) Zrezygnowany wjeżdżam pociągiem do Koszyc na słowacji i słyszę jakiś komunikat na dworcu. Okazuje się że ten mój pociąg który miał już dawno pojechać (bo ekspres) stoi na peronie i też jest opóźniony. Z uśmiechem biegłem wśród tłumu ludzi i szukałem bankomatu, był to szalony bieg (trzymałem rower:) bankomat znalazłem, bilet kupiłem, zgubiłem jednego sandała po drodze, wsiadłem do pociągu i odsapnąłem. W pociągu prowadziłem długie życiowe rozmowy z jednym starym kolejarzem, który pilnował wagonu rowerowego. Była piękna gwieździsta noc, dużo cennych myśli przyszło mi wtedy do głowy. ![]() Na trzecią przesiadkę też miałem nie zdążyć ale jakimś cudem udało się. Było ze 20 minut opóźnienia a pociąg po prostu tam był, nie wnikam. W każdym razie byłem już bardzo zmęczony po poprzedniej nocy i tym szalonym dniu. Jechałem ledwo przytomny, niechcąc zasnąć, głodny i w ogóle. W którymś momencie podróży przez korytarz telepiącego się pociągu przeszedł mężczyzna z drewnianym kijem i wielkim plecakiem. Poruszał się w tak idealnie płynny sposób, że rozszerzyłem zaspane oczy i patrzyłem jak otumaniony. Wyglądało jakby powietrze i wszystko dookoła było mu podledłe. Popatrzył na mnie i na rower, uśmiechnął się, zapytał skąd jadę, po usłyszeniu odpowiedzi powiedział „dobrze, trzeba być odważnym” w całym nim było coś takiego kojącego i biło od niego takie swoiste dobro. Rozszerzając oczy zapytałem co ćwiczy skoro tak się rusza. Okazało się że kung-fu Wu-shu od kilkunastu lat. I wysiadł. To też było mocne. Był środek gwieździstej nocy, półpusty pociąg i góry. Ot takie spotkanie. Wysiadłem w miasteczku w którym bylem kilkanaście dni wcześniej z Łosiem i Jackiem. Byłem strasznie głodny, pojechałem do zamku nad miasteczkiem i po drodze znalazłem otwartą pizzerie(1 w nocy). Zjadłem margherite i wypiłem bazanta wsłuchując się w „Imagine” lennona które właśnie puszczali w radiu. Było mi dobrze. Dojechałem do zamku, skradając się bardzo długo przy domach i knajpach po drodze- jak idziesz spać na dziko to musisz zadbać żeby nikt o tym nie wiedział. ![]() Nie wyspałem się po raz kolejny, bo chciałem do Polski na pociąg. Do granicy miałem 15km. Wstałem o 6, pognałem do granicy i na dworzec w Piwnicznej zdroju, po czym okazało się że pociąg jest o 20(jakoś około 20) Trochę zdegustowany, spędziłem dzień jedząc, leżąc na słońcu i odpoczywając. Mój rower miał tak krzywe tylne koło, że bardziej hamowało niż jechało. Około 2 godzin przed odjazdem pociągu zlokalizowałem skatepark i chłopaków na deskach. Podjechałem do nich na moim skołatanym rowerze, cały obdarty poprosiłem chłopaka o deskę. Generalnie chłopakom się spodobało jak jeżdżę(oni dopiero się uczyli) i te dwie godziny spędziłem miło, na pokazywaniu im różnych trików. Potem była kolejna nieprzespana noc. Polski pociąg który wspominam tak źle. Polska właśnie, Polska C, chamstwo, skurwiele co chodzą po 6 krzycząc i terroryzując ludzi. Co rusz zaglądali do mnie patrząc na rower. Tym razem podpasował im ktoś inny. Miałem szczęście? Rano dowlokłem się do domu i zapadłem w sen. Potem przez jakieś dwa tygodnie miałem problemy z zasypianiem (poziom adrenaliny podniósł się w czasie wyprawy, nawyki zostały- nadal chciałem spać z aparatem:) Potem się uspokoiłem i było dobrze, czułem się po tym wszystkim bogatszy. Po pielgrzymce pojechalem z Martą do Czech na stopa. Odwiedziliśmy Brno, Pragę i czeskie Rainbow- ale to już chyba na następne posty:) Link 13.09.2007 :: 22:19 Komentuj (5) Bośnia IV Zrobiło sie rozlaźle i długo. Postaram sie bardziej treściwie i obrazowo. Następnego dnia obudziłem sie nad rzeką. Nie chciało mi sie nic, a spałem jakieś 12 godzin. Zjadłem pizze którą dostałem poprzedniego dnia, wsiadłem na rower i hop. Dojechałem do miasta Kljuc (klucz) a potem w strone Banja Luki. Po drodze wydarzyło się kilka faktów które bardzo wpłynęły na mnie. Jechałem w okrutnym upale i nie miałem siły, chciało mi się mdleć, miałem gorączkę (to był pierwszy dzień mojego udaru słonecznego) Zajechałem wysoko w górach do jakiegoś wiejskiego sklepiku żeby kupić czekolade i mleko. Ludzie ze sklepu zaprosili mnie na obiad, dali chleb i dużo bananów:) "To niesamowite że gdy spotyka się tu człowieka, to słyszy się historie jego życia. Taka otwartość, która potrafi bardzo poruszyć. Jest szczera i bardzo autentyczna. Ludzie nie mieli tu łatwego życia i teraz też nie mają" ![]() Jadąc dalej wkroczyłem na teren Serbii a potem zrobiło mi się słabo. Nie wiedziałem za bardzo co się dzieje. Walnąłem się spać i obudziłem po 3 godzinach. Było troche lepiej.. miałem już siłe jechać. Jade jade i nagle spotykam pierwszego pasterza z owcami. Tereny są cudownie piękne (nie lubie pisać że coś jest piekne bo to takie puste) Otaczały mnie wysokie wzgórza pokryte trawami. Wszędzie było widać wgłębienia po bombach.. Była ta najładniejsza pora dnia. Spotkałem trzech pasterzy i wszystkim zrobiłem po kilka zdjęć. Z jednym chwile pogadałem. Okazało się że pracował kiedyś w Ursusie w Warszawie a potem w Katowicach. Opowiedział mi troche o wojnie "trzeba było brać karabin i iść" ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() z tym rozmawiałem chwile ![]() ![]() ![]() ten był nieufny Nigdy nie wiadomo kogo spotkasz. Czasem wystarczy mała chwila żeby nawiązać z kimś ogromne porozumienie, niezależnie od języka w jakim mówi. Pojechałem dalej. Szło mizernie. Całego dnia zrobiłem jakieś 70-80. Spałem u ludzi. Było tak, że zajechałem po wode a kobita zaproponowała bo było już w sumie widno a ja chyba wyglądałem niezdrowo. Okazało się że kobita ma syna (rok starszy) który jest kelnerem w hotelu w Banja Luce i mówi nieźle po angielsku. Bojan (tak miał na imie) okazał się bardzo miłym człowiekiem. Zjadłem z nimi kolacje (specjalnie dla mnie przyrządzono tradycyjne Serbskie jedzenie) I Bojan zaproponował żeby iść na "dwór" Poszliśmy najpierw do jakiegoś wiejskiego baru, gdzie spotkaliśmy sporo przypakowanych kolesi (znajomi Bojana, w wiekszości ochroniarze pracujący w Banja Luce) Patrzyli na mnie jakoś krzywo ale Bojan powiedział im że jade z Polski na rowerze itp. Potem musiałem pokazywać i napinać mięśnie nóg:P Ciekawe że wszyscy w Bośni chcieli oglądać mięśnie nóg. Następnie poszliśmy tak jakoś bez celu przed siebie, gadając i spotkalismy dobrych przyjaciół Bojana. Nie wiem, odrazu jakoś super sie z dogadaliśmy. Bardzo sympatyczni, zadawali mnostwo pytań. To był chyba najlepszy nocleg. Rozumieliśmy się bez słów, gadaliśmy do 4, no i troche zaimprezowaliśmy:) Zrobiłem troche zdjęć jednej ładnej dziewczynie. Generalnie cały wieczór mnie namawiali żebym został na kilka dni(w sumie kusiło..ale nie) ![]() ![]() ![]() ![]() Bojan Rano ruszyłem w droge, do Bania Luki zostało 10km. Miasto jak miasto, nie zachwyciło mnie jakoś szczególnie. Następnie zacząłem gnać w strone granicy. "Jadę z Banja Luki do Gradniska (granica chorwacka) czymś co przypomina autostrade. droga bardzo bardzo ciężka. Mdli mnie, jestem głodny a nie moge jeść, mam gorączke, jest 40 w cieniu a drogą jeżdżą wielkie ciężarówy z drewnem po 100 na godzine. łatwo nie jest, próbuje jeść gumowy chleb za 20euro/centów ale idzie mi to średnio. Chyba wczułem się w droge i po prostu jade mimo wszystko. jeszcze 50km tej masakry na głównej drodze. ciekawe gdzie dziś śpie. 4 szprychy sie urwały" Dojechałem z trudem do granicy Chorwackiej. Tuż za granicą, poszedłem spać. Oj źle to wspominam. Łykałem aspiryne i czekałem aż przejdzie upał. W nocy było 27stopni. Zdychałem. ![]() ![]() Następnego dnia wpadłem do tamtej chorwackiej rodziny. Złożyło się tak, że namówili mnie żebym został na noc. Zostałem i odpocząłem troche. Następnego dnia podwieźli mnie samochodem pod granice węgierską (jechali na jakieś wesele) Znalazłem się na węgrzech i chciałem je jak najszybciej przejechać. O węgrzech i wracaniu będzie w nastepnej części Link 09.09.2007 :: 21:41 Komentuj (4) Bośnia. Odcinek III mnie o 7, dano jeść, zrobiono świetnej kawy, wyściskano na droge i pojechałem. Najbardziej do jechania lubiłem godziny od 8 do 11 i wtedy starałem sie przejechać jak najwięcej(ok 11 robiło sie bardzo gorąco i człowiek czuł się jak mucha w smole) Z miejsca gdzie byłem do granicy z Bośnią zostało mi jeszcze 70km. Jechałem przez Chorwacje pełen werwy i entuzjazmu, że już tego dnia będę na rainbow i zregeneruje siły po tych 200km. Chorwacja to kraj bardzo zniszczony wojną domową, w każdej prawie wsi widziałem zburzone, ostrzelane czy zaminowane domy. Samych domostw na sprzedaż są setki. Pola minowe na bardzo długich odcinkach i nerwowa atmosfera momentami. W Bośni nie widziałem tyle zniszczeń i śladów wojny. Tego dnia zaczynały się właśnie te największe upały. W cieniu były 42 stopnie. Żar leje sie z nieba wprost na ciebie i na ulice pod tobą, asfalt oddaje ciepło i robi sie naprawdę gorąco. Ma sie wrażenie ze nie ma czym oddychać i z jechaniem ciężko. Ja gdy mijałem jakaś rzekę albo jezioro, to zatrzymywałem sie i po prostu wskakiwałem do wody, potem wysychałem całkowicie w jakieś 10 min. wracając do fabuły: do godziny 11 zrobiłem już stówke po górach, co było niezłym wynikiem(miałem dobry dzień bardzo) nie czując sie bardzo zmęczony, pędziłem juz w Bośni w stronę miasta Priedor. Po drodze na stojąc na światłach spotkałem człowieka na rowerze który sam zagadał i powiedział mi że nie przekroczę granicy przejściem którym planowałem, pokazał mi za to inne. To niesamowite że czasami nie musiałem nic robić, tylko jechać a wszystko układało się samo i tak wychodziło najlepiej. Jakieś 20-30km za granicą spotkałem kolarza z Chorwacji, który jechał w tą samą stronę co ja(pojechaliśmy razem) zerwał sie wiatr i wiało nam prosto w twarz. Wielki chorwat prowadził ale miał pod wiatr (gdy dwie osoby jadą pod wiatr to pierwsza osoba rozbija opór powietrza, przez co drugiej jest łatwiej) widziałem że coś mizernie mu idzie wiec potem ja prowadziłem. Jedziemy i jedziemy, chorwat ciągle mówi że za szybko dla niego (co prawda, to prawda ja byłem w 5 dniu drogi a on w 1, trzeba sie wdrożyć, pierwsze dni bywają trudne) nagle stajemy a on zsiada z roweru i mdleje. ![]() Było gorąco jak cholera, polewam go gorącą wodą z bidonu, karmie go na siłe czekoladą i robie witaminki musujące. Chorwat stwierdził że go uratowałem i zaczął mi dziękować. Gdy dojechaliśmy do tego wielkiego miasta- Priedor, postanowiliśmy coś zjeść i okazało się że ten facet to bardzo zamożny biznesmen z Zagrzebia. ![]() poszliśmy na piwo a potem do najlepszej restauracji w mieście i postawił mi obiad za 30 euro (gdy cała moja kasa wynosiła 35euro:) Bardzo długo gadaliśmy, polubiłem go. powiedział m.in słowa "pieniądze będą na ziemi zawsze, ale my nie" Potem ja ruszyłem w dalszą drogę a on postanowił iść spać do hotelu. Przede mną było jeszcze jakieś 70km a zmęczenie i ból kolan dawały już o sobie znać. Jechałem i jechałem, ciężko szło. zrobiło sie leniwe, lepkie popołudnie, ludzie tłumnie kąpali się w rzece wzdłuż której jechałem(miałem ochote olać wszystko i iść w ich ślady). dojechałem w końcu do "Sanskiego Mostu" z którego zostało mi 20-30km. Potem byłem zmęczony na tyle że traciłem świadomość i trzeźwe myslenie. Motywacja działała jak mocny policzek i dało rade. Bośnia upajała widokami a otoczenie sie zmieniało. Wjechałem w islamskie rejony, ludzie byli ciemniejsi, wszędzie było pełno meczetów a kobiety chodziły obwiązane białymi chustami. Wyczuwało sie głęboką odmienność wszystkiego. najbardziej lubie tą pore dnia Dojechałem w niemałym trudzie do upragnionej wsi "Sanica" - czyli tam gdzie miało być rainbow. Zaczynało się ściemniać a ja nie widziałem żadnych znaków czy drogowskazów na rainbow. zacząłem pytać ludzi o Biedjeje brdo (niedźwiedzie wzgórze). Ludzie mnie nie rozumieli i sie nawet śmiali gdy ich pytałem w kilku językach. Sytuacja trochę załamująca. Stwierdziłem ze jeszcze chwile poszukam a potem pojechałem pierwszą lepszą droga w nieokreślonym kierunku. Ściemniało się a ja z tyłu któregoś budynku zobaczyłem świecącą się lodówkę z napojami. Podjeżdżam bliżej, otwieram drzwi, okazało się, że jestem na tyłach jakiejś nowo otwartej pizzerii. Pytam sie chłopaka po ile mleko w kartonie, on mi nic nie odpowiada a zza rogu wyskakuje młoda niska pękata kobitka o sympatycznej twarzy i mówi że to mleko jest dla mnie. Dziękuje ładnie biorę to mleko i wypijam całe naraz. Pani robi duże oczy i pogania chłopaków żeby mi robili pizze:) gadam z nią chwile, oczywiście wie dlaczego tu nie ma rainbow i gdzie zostało przeniesione. Ucieczyła sie ze jestem polakiem bo ojciec jej męża tez jest. Kobieta ta miała Brytyjski akcent więc mniemam że zapracowała w Anglii a teraz rozkręca własny biznes. ![]() Czyli było tak, zajechałem bez celu w jakieś miejsce i uzyskałem całkowitą pomoc i wszystkie niezbędne informacje. Na południu jest tak, że ludzie chcą z siebie dac jak najwięcej mogą, szczególnie na wsiach. Niemniej jednak wydaje mi sie że i tak trafiałem szczególnie dobrze (nie wierzę w żadne przypadki) Sam nie wiem, to zjawisko uważam za mocne. Cytat:„Sanica-Bośnia-Jestem tu i co? Nic kurwa. Rainbow przeniesione o 120km na południe. Czyj po pomysł? Przejechałem dziś dwie setki i okazuje się że w tej wiosce (obiekcie moich „marzeń”) nikt nic nie wie. Nie ma żadnego napisu, znaku, jedno wielkie nic. Człowiekowi który jest wymęczony do imentu potrafi to dać do myślenia a nawet podłamać jego ambicje (i tak już chore)” Poszedłem spać w krzaki koło Link 31.08.2007 :: 23:12 Komentuj (13) Bośnia 2007 część II ![]() No więc jechałem dalej sam(nie zaczynaj zdania od "no więc":) Fajne uczucie, trudno opisać. Właściwie nie wiesz gdzie spisz, sam sobie wyznaczasz zasady, sam od siebie wymagasz, sam o siebie dbasz(lub nie), wszystko sam i nikt nic za ciebie nie zrobi ani nie powie. To po jakimś czasie daje do myślenia i zmienia człowieka. Robisz sie bardziej zaradny, musisz w koncu. Myśle że człowiek w życiu codziennym mieszkajac w miescie czy gdzies z ludzmi bardzo zadko ma tak naprawde okazje zadecydować o czymś, zrobić coś zupełnie samotnie(bez wpływu otoczenia) czy być zdanym zupełnie na siebie. To mobilizuje, nie odrazu ale jednak. Dojechałem sam pod granice Wegierska, piłem Bazanta na wzgorzu i było mi bardzo dobrze z tym faktem. ![]() ![]() Nastepnego dnia chciałem dojechać do dużego wegierskiego miasta o nazwie Miskolc (ok. 80km dalej) gdzie wsiadłbym w pociag i w strone Chorwacji. Troche przeceniłem swoje siły i chciałem to zrobić zbyt szybko. Z nieba lał sie zar, ja właściwie prawie nic nie jadłem ani nie piłem z tego pośpiechu (chciałem zdazyć na jakis pociag do budapesztu albo odrazu to Pecs-miasta na południu wegier) dojechałem do Miskolca.. ledwo(bez przerwy jadac). Było tak gorąco ze dwa razy zsiadałem z roweru bo w głowie sie kręciło. cały napuchłem. właściwie nic nie piłem tego dnia- czasami gdy człowiek jest na zmeczony i na adrenalinie to nie czuje głodu ani pragnienia. Wegry to dla mnie dziwny kraj. Ludzie zapytani w banalny sposob na migi o prostą rzecz (w stylu: tu, czy tu pokazujac palcem na mapie) mówią zupełnie o czymś innym. zero porozumienia, tłumaczenie drogą na odwrót, szok kulturowy wielki, nie do obczajenia. W miastach (prawie) nikt nie mówi po angielsku a wręcz niektórzy wyglądają jakby byli z tego dumni. Na dworcach nikt nie mówi po angielsku(no w Budapeszcie tylko) W Miskolcu ponad godzine wypytywałem o dworzec (cholernie zniechecające jak 10osob pod rzad zupełnie nie rozumie w ogromnym miescie, zaczynałem udawać przed ludzmi jadący pociąg) w koncu jakies dzieci mi pokazały. Bilety ciezko kupić a na rower to juz bardzo, na wegrzech jezdza pociagi głównie intercity, w których nie można wozić rowerów. Zostają te zwykłe które kursują rzadko i zawsze są nabite po brzegi. Takim też pojechałem do Budapesztu. W pociagu spotkałem wegra który mówił dobrze po angielsku. Bardzo pomógł. Niestety nie pamietam jak miał na imie. ![]() wszyscy upychalismy sie w pociagu ktory jak przyjechał, był juz pełny ![]() ![]() autoportret pociągowy Pociag zawalony ludzmi do imentu, wszystkie włazy pootwierane. ludzie pala na korytarzu i przedziałach, nie tylko tyton był tam palony.W wegierskich pociagach nie ma zwyczaju zamykania drzwi, kilka razy mój rower mało nie wypadł i byłem zły. ludzie zupełnie tego nie rozumieli. co stacja musiałem robic rundke do drzwi i je zamykać. ![]() Budapeszt dw. główny W Budapeszcie okazało się, ze musze przejechać na inny dworzec i stamtad mam pociag do Pecs(z jedna przesiadka jeszcze) Byłem juz konkretnie wycienczony ale i nie zdajac sobie z tego sprawy zacząłem pedzic na ten dworzec gubiac droge jakies 4 razy. "Budapeszt jest wielki, ogromny wręcz i pełen przepychu. Nie ma miejsca dla roweru, żeby jechać trzeba mieć zaparcie i dobrą orientacje. Wszystko w ruchu. Zaczynasz mocniej naciskać na pedały i pędzić jak oni wszyscy, jest to wymuszone, czujesz to. Na pociąg zdążyłem znowu minute(a nawet mniej) przed. Jestem we własciwym czasie i miejscu, ciagle spotykajac ludzi jak anioły. Padam z nog ale jest pieknie" napisałem to chwile po zdazeniu na pociag. ![]() ciekawe miejsce. tydzien później gdy tedy przejezdzałem stało sie coś mocnego...ale o tym potem ![]() wagony rowerowe mają świetne ![]() W pociagu złapało mnie pragnienie i głod. Była 17 a na miejscu miałem być ok 23. Chciało mi sie pić do tego stopnia ze chodziłem po pociagu szukając jakiejś porzuconej wody(normalnie nie, wtedy to sie nie zastanawiałem). co znalazłem to wypijałem. rower miałem zepsuty i potrzebowałem na zaboj butli i palnika gazowego. Miła dziewczyna z pociagu dała mi adresy obydwu sklepów w Pecs. Dojechałem i wypiłem 3 litry wody w ciagu 20min. pojechałem spać w moim super namiocie w krzaki pod miastem. ![]() ![]() ![]() panowie w innym pociągu "Jutro czeka mnie Chorwacja i przeprawa przez tamtejsze góry. Dużo drogi ale Bośnia co raz blizej. Gdy tak jade i jade to widzę że w dziwny sposób wszystkie moje potrzeby są zaspokajane. Otoczenie samo daje najlepsze rozwiązania. Trzeba dac sie ponieść. Widać przekroje życ bardzo wielu różnych ludzi, wszystko jak ułozona mozaika. gdy sie jest w drodze to najwięcej widac w życu twoim i innych" Na rowerze jedzenie jest bardzo ważne. Jak nie zjesz to nie bedziesz miał siły i nie ma bata, nie pojedziesz. Widać to wyraznie po kilku dniach intensywnej jazdy, gdy organizm wykozysta juz swoje rezerwy. ![]() obiad Po obiedzie zacząłem pędzić śmiało prosto w strone Bośni. Zrobiłem jeszcze ze 70. Gdy się ściemniało pierwszy raz w życiu zapytałem ludzi czy moge rozłozyć namiot u nich.Było to spowodowane ogólną suszą. Dwa wielkie jeziora które mijałem chcąc sie wykąpać, były wyschnięte. Rzeki w wiekszosci też. przecież to góry! ![]() ![]() dno jeziora w którym miałem sie wykąpać Nad Bałkanami wisiał wyż sacharyski. Ludzie zaprosili do domu. Była to wesoła Chorwacka rodzinka z trojką dzieciaków. Ojciec rodziny -Marko, robi i lubi mocną śliwowice. Dzieciaki wesołe i ciekawskie. Bardzo mili ludzie. zrobiłem troche zdjęć ich 2letniej corki- Eleny. Mozna by długo o nich pisać. Moja ogólna sytuacja była taka, że kasa mi sie kończyła (przez tą cholerną butle i palnik) To że jechałem sam przyspozyło mi duzo wydatków. Od wesołej rodzinki do rainbow dzieliło mnie 200km. nastepnego dnia chciałem je przejechać. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() u rodziny Kolejna część niebawem. Jutro jade do warszawy oglądać chate w której mam mieszkać. Jeszcze troche przygód zostało. jak sa jakies błędy (a są na bank) to mówcie:P Link 29.08.2007 :: 23:07 Komentuj (10) Bośnia 2007 powiedzmy. No dobra, wszystko sie przedłuża i wydłuża. Trzeba by coś napisać-zacznę od Bośni: Więc miało być tak(w pierwszym zarysie): Wszyscy trzej (ja, łoś i jacek) spotykamy sie o 1 w nocy w warszawie na centralnym, jedziemy pociagiem na granice słowacka, skad juz na dalej na rowerach itp. było tak: godzine przed pociagiem do warszawy wracajac do domu od babci z zupy urwałem przerzutke w rowerze (nie wiem jakim cudem zahaczyłem akurat nią w kawał betonu wystajacy z ziemi). W pustym domu czekały spakowane sakwy i wszystko gotowiutkie. byłem dwa kilometry od domu a na rowerze nie dało sie jechać(przerzutka wisząca na łancuchu co chwila wpadała w szprychy) wiec wziałem rower na plecy i pobiegłem (trzeba dodać że tego dnia dwa razy urwałem łancuch oraz wymieniłem w serwisie pół napędu) dobiegłem do domu i rekami całymi w smarze zacząłem szukac w necie numeru do znajomego mechanika rowerowego. zadzwoniłem (akurat pił wino z zoną, coś jak romantyczny wieczór:) dał sie namówić i umówilismy sie w jego serwisie na cyruliczej na starówce. Wybiegłem z domu z rowerem z dyndajaca przerzutka i sakwami ktore wazyły dużo.kot nienakarmiony, a dom jak po huraganie bo sie spieszyłem.Tuora (mechanik) przyjechał taksówką (jak i ja) wymienił przerzutke na dobrą, którą odkreciłem mamie od roweru. pogadalismy chwile i okazało sie ze jego dziadek znał Edwarda Hartwiga(nie musze przedstawiać, kto nie zna, niech poszuka w necie) a sam Tuora ma u siebie w serwisie mnostwo fotografii lublina które maja nawet po 90lat! Dostałem druga szajsowata przerzutke w reke (jakby co) i pojechałem ze starówki na dworzec pkp. myslałem ze mam jakies 30 min i jechałem sobie spokojnie, lecz na dworcu okazało sie ze miałem 20minut a pociag odjezdza za 5min. kolejka wielka, mi sie chce smiac, mysle sobie- co jeszcze. zagaduje do ludzi i mnie puszczaja, kupuje bilet, biegne z rowerem co wazy ok 80kg, gubie nieswiadomie 50zeta, dopadam do pociagu, ktory własnie rusza po gwizdku, biegne przy pociagu wpychajac do niego ciezki rower i czuje ze nie dam rady.. no i co? pojawia sie ktos z nikad, pomaga mi wepchnac grata i samemu wejsc. nie wiem kto to był..podobne sytuacje spotykały mnie potem czesto. ale dobrze, to nie koniec wrażeń:) jade pociagiem, zadowolony że hej i dzwoni Łoś mówiąc, że ma nadzieje, ze nie wsiadłem do pociagu bo jednak dziś nie jedziemy :D pieknie nie? smieje sie do słuchawki, łoś nie wie o co chodzi, a ludzie na mnie dziwnie patrza. postanowiłem dojechac do warszawy i pojechać potem osobowka do zyrardowa (tam był łoś i jacek, w chacie jacka) jade, jade i dojechałem do warszawy wschodniej. Pociag którym jechałem był do Gdanska i nie jechał przez warszawe centr. (ja oczywiście myślałem że jedzie przez centralna:) stoimy długo na wschodniej i w koncu zniecierpliwiony zaczynam wysiadac z pociagu bo pomyslałem sobie ze szybciej dojade na centralna na rowerze. wysiadam, wystawiam przednie koło roweru i słysze gwizdek ze odjazd. no to nic, mysle, dojade spokojnie na centralna:) a tu niespodziadka bo pociag jedzie w druga strone i nie dojechałem :D po 1,5 godzinie znalazłem sie w Nasielsku nie majac doń biletu i po raz kolejny nie wiedziałem co dalej. Grzesiek do którego wydzwaniałem sprawdził mi pociagi do Warszawy i pomogł bardzo. była juz 1 w nocy i byłem nieco zmeczony. W obu pociagach konduktorzy po usłyszeniu mojej historii i haśle "bośnia" mowili "pan jedzie dalej" Wróciłem do warszawy, była 3 rano a najblizszy do zyrardowa miałem o 5 z minutami. niechcac siedziec na dworcu tych dwoch godzin (bo bym usnał a pozatym miejscowi by mnie zaszlachtowali) postanowiłem zrobić nocna wycieczke krajoznawcza po warszawie na rowerze:) poznałem kilka ulic, byłem pod stadionem tysiaclecia. dodaje foty: ![]() ![]() przejeździłem jakos te dwie godziny (nawet jakos szło) i wsiadłem w upragniona osobowke do zyrardowa. na dworcu czekal łosiu, opowiedziałem mu w miare wszystko i poszedłem spać. Nastepnego dnia pojechalismy do warszawy żeby juz pojechać i w ogole. Musielismy przerezerwować bilety bo opózniło sie o dzien. powiem wam w skrocie ze to beznadzieja. nie przerezerwywujcie nigdy biletów...pkp. Nazajutrz rano jesteśmy w Piwnicznej zdroju, łoś i jacek rozegrali pierwsza partie w kości (ja tego nie czaje) Teraz chwile o kościach: Ich partie w kości trwały jakieś 1,5 do 2 godzin (ja przeliczałem to zawsze na kilometry których nie przejechałem, wychodziło jakieś 50,60km na partie) zazwyczaj rozgrywali jedną dziennie, raz były dwie. jedziemy jakos w strone granicy, stajac co 100metrów, za granica odrazu do sklepu, a 500m dalej znowu itp. no cóż, ja reprezentuje troche inna szkołe jeżdżenia. Jak jade na wyprawe na rowerze to chce jechać i nie zatrzymywać sie gdy nie musze. Pierwszego dnia jakoś jechałem z nimi. jestem raczej cierpliwy i wychodziłem z załozenia ze moge jechać ich tepem 15km/h ale chciałem zeby ciagle w miare mozliwosci poruszac się do przodu, a nie zatrzymywać co 15min. ![]() ![]() ![]() kilka fot z łosiem i jackiem plażowym:D ![]() (ale za to nie miałem butli gazowej i palnika wiec nie mogłem gotować) Uścisnąłem się z łosiem i jackiem (nie było miedzy nami niezgody) i pognałem w góry. Wszystko to miało miejsce w mieście Spiska nova wes. Za miastem był najciezszy odcinek w całej słowacji- jakieś 20km ciągłego stromego podjazdu a potem jeszcze jakies 12km tego samego. byłem dosyć wypoczęty i jeszcze tego samego dnia dojechałem pod same Wegry. Póki co chyba tyle. potem wiecej. włąściwie napisałem to żeby samego siebie zachecić do dalszych kroków. Wybaczcie że tak kiepsko. jestem dyslektykiem no i składniowo tez chyba leże. |